Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziwno mi, mój mężu — odrzekła pani Jenta i zaraz poczerwieniała na twarzy — bardzo mi dziwno, że mówisz takie rzeczy. Kiedy je przyrównałam do złych groszy, zrobiłam to tak sobie, dla żartu. Co mnie obchodzi ich dobroć, one nie są ani moje córki, ani moje ciotki; swoją drogą trzeba im przyznać, że są bardzo przyjemne, wesołe i eleganckie. Tu wczoraj była jedna...
Nagle pani Jenta urwała i zawstydziła się; mąż to zauważył.
— Kto był? — zapytał.
— Kto miał być? Wcale nikt nie był — odpowiedziała — po co tu kto miał być?
— Przecież dopiero co mówiłaś.
— Ja mówiłam? Ja nic nie mówiłam; odczep się odemnie, co chcesz?
— Ojciec słyszał...
Dziadzio Gancpomader zaczął bębnić palcami po stole i zachowywać uporczywe milczenie, przeczuwając, że zanosi się na małą burzę małżeńską. Zięć jednak powtórzył zapytanie:
— Czy ojciec słyszał? Proszę powiedzieć, czy ojciec słyszał?
— Dajcie pokój, nie kłóćcie się, o co wam idzie?