Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niać zdawały, od łąk, od kwiatów, od ptasząt unoszących się w powietrzu. Patrzyli na to wszystko w zachwycie przez czas długi, aż wreszcie on się do niej odezwał:
— Prześlicznie tu jest.
— Prześlicznie! — odrzekła.
I oboje westchnęli, widocznie przyszedł im na myśl szanowny L. B. Hapergeld i jego przezacni koledzy.
W godzinę później chodzili po ocienionym parku Wilanowskim. Pan Karol odezwał się pierwszy:
— Wiesz co, od pierwszego roku naszego pobrania się, nie zaznaliśmy spokoju. Zdawało mi się, że wchodzimy do jakiegoś gęstego lasu, nieprzebytego lasu. Idziemy, idziemy, a drzew coraz więcej, aż ciemno i ani jeden promień światła nie przedziera się przez konary.
— Masz racyę i jam widziała to samo. Drżałam z obawy na myśl o naszej przyszłości, o dzieciach.
— Ciężkie życie, ciężkie — i za co? Cóżeśmy złego zrobili? Czy żądaliśmy wiele od losu? Trudno, przecierpiało się, teraz już nam jest znacznie lepiej.