Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skiemi świętami Szebuoth i tym sposobem było kilka dni zupełnie wolnych i spokojnych.
Pan Karol postanowił jeden dzień przeznaczyć na odpoczynek, a korzystając z pięknej pogody, zaprosił żonę na spacer.
Na ulicach roiło się od ludzi. Kto żył, spieszył za rogatki, aby odetchnąć świeżem powietrzem.
Najosobliwsze ekwipaże można było widzieć na ulicach. Nowe, lśniące karety i przedpotopowe faetony, karykle, dorożki, bryczki, breki, wszelkie typy wehikułów, jakie sobie tylko wyobrazić można.
Koło mostu odzywały się przeraźliwie świstawki statków parowych, na dworcach dróg żelaznych był tłok nieznośny; w ogrodach, parkach, ogródkach, pod werendami cukierni, pełno i gwarno. Okolice podmiejskie zaludniły się tego dnia niezwykle — cała Warszawa wysypała się z murów.
Zostawiwszy dzieci pod opieką służącej, państwo Karolowie udali się pieszo ku rogatkom Belwederskim, a ztamtąd na chłopskiej furce do Wilanowa, gdzie mieli kilka godzin przepędzić.
Upajało ich czyste powietrze, wzroku oderwać nie mogli od tych zbóż zielonych, które im się kła-