Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spojrzała na niego wzrokiem pełnym zdumienia.
— Lepiej nam teraz — powtórzył.
— A przed trzema dniami znowu jakiś papier przyniesiono do domu. Czy nie widziałeś?
— Wiem doskonale. Ile to już takich papierów przynieśli! I — dodał ciszej — ile jeszcze przyniosą!
— Więc w czem widzisz polepszenie, mój drogi?
— Ubyło nam kilku. Z mniejszą liczbą, niż dawniej, mam do czynienia.
Kobieta westchnęła.
— Daj Boże — rzekła — ale jakoś dotychczas przewidywania nasze nie sprawdzają się. Tyle pracy, tyle pieniędzy idzie na marne! Ciągle żyjemy tylko nadzieją, a tymczasem młodość ubiega, siły się wyczerpują... Co nas czeka?
— Nie rozpaczaj.
— Czyż rozpaczałam kiedy, czy skarżyłam się?
Pocałował ją w rękę.
— Nie, moja droga — rzekł — znosiłaś los swój mężnie, z godnością i dodawałaś mi ducha w zwątpieniu. Teraz ja chciałbym dodać ci odwagi. Mam nadzieję, że wydobędziemy się kiedyś.
— Jeszcze rok — szepnęła z uśmiechem.
— Nie, już nie śmiem naznaczać terminu; nie za