Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jeden dzień, niewiele to na rachunek kalendarzowy, lecz sporo na miarę nerwów rozstrojonych.
Zazwyczaj projektował sobie, że w dniu spokojnym wykona ogromną masę roboty; nikt mu przeszkadzać nie będzie, więc praca pójdzie raźniej i żwawiej. Często tak bywało, czasem nie.
Przychodziła na niego niekiedy szczególna jakaś niemoc. Niby nie był chory, ale nie mógł się ruszać; niby nie doznawał bólu głowy, a przecież myśleć porządnie nie potrafił. Widział przed sobą cyfry, w równych szeregach, pięknie i wyraźnie napisane, a nie był w stanie rozróżnić czwórki od piątki, trójki od siódemki.
Zdawało mu się, że ciągle fruwa koło niego i unosi się w powietrzu maleńka czarna muszka, drobniutka, jak pyłek, ale ogromnie żwawa, i to było szczególne, że widział ją tylko lewem okiem i zawsze z lewej strony.
Drobniuchny ten owad miał swoje właściwości szczególne, a tę najdziwaczniejszą, że można go było widzieć nawet zamknąwszy oczy.
Źrenica dostrzegała go przez powiekę.
Obserwowany dłużej przez zamknięte oko, owad zmieniał barwę. Czarność jego otaczała się złotą