Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


więciu, stosownie do uzdolnienia i pojętności. W tej szkole uczą się czytania po hebrajsku, niektórych modlitw, oraz początkowych rozdziałów starego testamentu, które nauczyciel tłómaczy im na żargon.
Pod względem hygienicznym pomieszczenie owych szkółek woła o pomstę do nieba. Nauka się odbywa w izbie ciasnej, ciemnej, brudnej, pełnej błota i nieznośnego zaduchu. W tej samej izbie, w której odbywają się wykłady, gnieździ się także rodzina nauczyciela, tak zwanego „mełameda“, rodzina zazwyczaj bardzo liczna. Słów braknie na opowiedzenie szkaradzieństwa, brudu i niechlujstwa, jakie w szkole takiej panuje[1].

Pod względem hygienicznym szkoła żydowska jest ohydna, pod pedagogicznym

  1. W literaturze żargonowej żydowskiej można często spotkać opisy takich chederów, dokonane z niemożliwym do powtórzenia realizmem. Opisy malują z fotograficzną dokładnością wnętrza tych nor wstrętnych, w których dzieci żydowskie po kilka lat życia spędzają. Ciekawym rekomendujemy dziełko p. Linieckiego p. t. „Hassyd“ w wybornym przekładzie polskim p. Maksa Lewarta, (Maksymiliana Skwarcza). Drukowane było w odcinkach „Gazety lubelskiej“ w roku 1888.