Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zaś stoi niżej wszelkiej krytyki. Dzieciak nie wynosi z niej nic a nic, coby mu się w życiu przydać mogło, a pod względem wyznaniowym otrzymuje skrzywione i wypaczone informacye. Mełamed, sam nie bardzo w piśmie biegły, nie rozumiejący dobrze języka hebrajskiego, nie tłómaczy istotnego znaczenia pięcioksięgu Mojżesza, ale natomiast nabija uczniom swoim głowy opowieściami o duchach, aniołach, djabłach, któremi przeludniony jest świat zabobonów żydowskich.
Wykład odbywa się bez żadnego systemu. Uczeń powtarza wyrazy za nauczycielem bezmyślnie, a jeśli tego nie potrafi, to zostaje karany na poczekaniu. Mełamed grzmoci go po plecach czem może, co mu wpadnie pod rękę. Cybuchem, kijem, albo wreszcie ciężką, zatłuszczoną jarmułką.
Każdy prawie mełamed ma jeszcze pomocnika, lub, jeżeli cheder większy, kilku. Tych nazywają „belferami“ (Behelfer). Obowiązkiem belfera jest przyprowadzać do hederu małe dzieci i odprowadzać je z powrotem do domu.
Mełamedzi nie używają poważania i miru wśród swoich współwyznawców, żyją oni w upokorzeniu i prawie w pogardzie. Najczęściej