Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


maskę, w obec tego, że z obawy zemsty złodziejskiej ludzie milczą; a nawet sami poszkodowani niechętnie czynią zeznania.
Praktykują się też i innego rodzaju kradzieże. Naprzykład taki fakt. Przywozi chłop do osady żydowskiej na sprzedaż furę drzewa. Wóz ma zaprzężony w dwa tęgie woły. Stoi jakiś czas na rynku, oczekując nabywcy, nareszcie sprzykrzyło mu się stać na zimnie, wchodzi na kieliszek wódki do szynku. Czegóż się ma obawiać? Jest przecież w miasteczku, w biały dzień, z ulicy wołów chyba nikt nie weźmie. W szynku zagaduje go jeden, drugi żydek, proponują mu różne interesa, pytają, czy nie ma na sprzedaż zboża, kartofli i tym podobnych produktów. Na tej interesującej rozmowie upływa kwadransik. Chłop wychodzi na ulicę i z przerażeniem spostrzega, że wołów nie ma przy wozie.
Robi krzyk, woła ludzi, pyta, czy kto nie widział co się stało z wołami? Zjawia się usłużny żydek.
— Nie martwcie się, gospodarzu, powiada, ja widziałem. Jakiś chłop wyprzągł woły i poprowadził w stronę wiatraka. Ja myślałem, że to jego własne woły.
Biegnie chłop za żydziakiem w stronę