Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wskazaną. Za miastem spotykają żyda jadącego wozem.
— Nie widzieliście wołów?!
— Widziałem — takie a takie woły chłop prowadził. Już kawałek drogi musiał ujść.
Chłop opowiada swoje zmartwienie, żyd wzdycha, kiwa głową, narzeka, że takie czasy nastały. Nareszcie, tknięty niby litością względem chłopa, zabiera go na wóz, żeby gonić złodzieja. Jechał wprawdzie do miasta, ale dla dobrego człowieka zrobi poświęcenie. Zawróci w przeciwną stronę. Jadą, gonią złodzieja, który wcale nie istniał...
Chłop oddala się od miasta — a jego woły, które wcale nie były za rogatki wyprowadzone, lecz ukryte w miasteczku, są już zarznięte. Skóry z nich już u garbarza na strychu, a mięso poćwiertowane wiozą żydzi do sąsiednich miasteczek na sprzedaż.
Mieszkańcy prowincyi patrzą na takie fakta codziennie i zadają sobie pytanie: co będzie dalej?
W rozbojach, w napadach na ustronne dwory, plebanie, lub kolonie, żydzi przyjmują również czynny udział. Kroniki sądowe zaznaczyły już wiele takich faktów. Pokazuje się z nich, że żyd, którego powszech-