Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Banda złodziei zambrowskich dostała się za kraty więzienia, dzięki przechodzącemu wszelkie pojęcie rozzuchwaleniu. Gospodarowała ona w cudzych stajniach, jak u siebie, a członkowie jej odgrażali się jawnie tym, którzy nie chcieli składać na jej rzecz opłat. Przeciągnięta struna pękła nareszcie, jeden z pokrzywdzonych zdobył się na odwagę, zachęcony jego przykładem odezwał się drugi, trzeci i dziesiąty. Śledztwo się rozpoczęło, zaczęto nagromadzać dowody i wyszły na jaw istotnie zdumiewające fakta. Żydzi, organizatorowie i główni przywódcy bandy, skazani wyrokiem sądu, poszli na Syberyę, ci zaś, co byli ich narzędziami — do więzień, lub rot aresztanckich. Spokojni mieszkańcy odetchnęli cokolwiek.
Powie kto, że owa banda zambrowska to wyjątek, fakt pojedynczy, który niczego nie dowodzi. Nie, to wcale nie wyjątek, takich band, jak zambrowska, dużo jest, ale ukrywają się zręczniej. Każdy urzędnik policyjny, każdy sędzia śledczy, który prowadzi śledztwa dotyczące kradzieży koni, wie o tem bardzo dobrze, że złodziejem schwytanym, dajmy na to, na gorącym uczynku, kierował ktoś inny, niewidzialny, dobrze ukryty, jakiś X, z którego trudno zedrzeć