Strona:Karol Wachtl - Spóźnione zaloty.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 12 —
JACENTY.

Błagalnie: Ananasie złocisty! — Łeb utnij mościdzieju, ale daruj! Nie moja wina, — ale ta piekielna podagra tak mię cały dzień trapiła i darła, że mi się nawet schadzki odechciało!... Uderza się w usta. Tfu! A tom się wygadał!...

KUNEGUNDA.

A pięknie! — Teraz dopiero widzę, co sądzić o Pańskich zapałach!... O, biednaż ja — uwiedziona ofiara! Płacze. To taka twoja miłość’?! Taka wierność?! A ja, nieszczęsna, wierzyłam! Ach serce mi pęknie! Spazmuje...

JACENTY.

N. s. Oj dyabliż mię nadali! Znowu fiksować zaczyna... Głośno: Ależ Panno Kunegundo... Ależ mościa dobrodziejko! Różo jerychońska! Uspokój się! Wybacz! Poprawię się — no, poprawię z pewnością, jak Pana Boga kocham! Całuje ją po rękach, ona z pod oka nań patrzy. Czyżem miał się z łóżkiem kazać przywieść tu, do ciebie?!!!!

KUNEGUNDA.

Spokojnie. Fi! Cóż to znów za dowcipki?

JACENTY.

No widzisz cherubinie!... Uspokój się, no, daj się przebłagać turkaweczko! — Przebacz, daruj już! Szkoda czasu na fochy i dąsy,