Strona:Karol Wachtl - Spóźnione zaloty.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 10 —
JACENTY.

A bo któż to przeraża się mościdzieju starego przyjaciela, z komiczną czułością, którego w dodatku powinno się przecie spodziewać?

KUNEGUNDA.

Ach, wybacz, panie Jacenty, — ale wszedłeś tak nagle, żem omal nie omdlała! Do tego spracowałam się dzisiaj trochę i znużyłam, bo musisz wiedzieć, że frunęłam dziś z łóżeczka zaraz po wschodzie słoneczka, — jako przepióreczka!... O spojrz Pan, jak mi jeszcze serce bije... Bierze go za rękę i przyciska ją do piersi.

JACENTY.

Jak wyżej. Biedne serdusio! O wiem ja, wiem, że z asindzki dobrodziejki ranny ptaszek, ale przykro mi mościdzieju, żem tu nie był oczekiwany i żem taki — panie — ambaras sprawił swą wizytą nadobnej gosposi. Całuję ją w rękę.

KUNEGUNDA.

Z kokieteryą: Ależ i owszem i owszem, oczekiwałam Pana — jak zawsze niecierpliwie. Wiesz dobrze o tem Panie Jacenty i chcesz chyba komplementów odemnie.