Strona:Karol Wachtl - Spóźnione zaloty.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 9 —
SCENA II.

Wchodzi z bukietem Pan Jacenty, stękając, utykając, podpierając się laską; od czasu do czasu zażywa tabaki, wymachując kraciastą hustą.

JACENTY.

Na stronie: Hm! Udaje, że mnie nie widzi, a oknem wyglądała! Udając krząkanie. Brrrhm!! Brrrrrhm!

KUNEGUNDA.

Niby przestraszona: Och, Święty Jacenty! Jakżem się przelękła! Powstaje. Ledwie oddech złapać mogę!
Ach to pan, niedobry, panie Jacenty? Podaje mu rękę.

JACENTY.

Ależ mościa dobrodziejko! Któż widział być tak płochliwą, jak nieprzymierzając gąska szesnastolatka! Na stronie: Taka ona mościdzieju do szesnastolatki podobna, jak ja do łoszaka trzyletniego... Podaje jej bukiecik.

KUNEGUNDA.

Z grymasem: Fi! Cóż za porównanie! Dziękuję... Bierze kwiaty.