Strona:Karol Wachtl - Spóźnione zaloty.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 8 —

chwilę nastąpi. Naciera ręce płynem z flakonu, który ma przy sobie. Co prawda, to mój przyszły, niezupełnie jest zachwycającym... Ale trudno, przebierać niema czasu, bo na koszu jeszczebym została...
Ot, i nieszczęście gotowe! teraz dopiero spostrzegam, że mi się już moja ”ogórkowa woda“ skończyła, a bez niej na rękach i twarzy wyłażą zaraz te obrzydłe piegi — jak grzyby po deszczu. Cóż ja teraz pocznę?! Słychać kroki, ona zrywa się i zrzuca kota. Święta Kunegundo! Ktoś nadchodzi. To pewnie pan Jacenty! Biegnie do okna. Tak, to on! Nie omyliło mię przeczucie! Ach, jak mi się serce tłucze! Gorąco mi ze wzruszenia! Jeszcze się rozchoruję, zanim za mąż wyjdę!... A Dr. Receptowicz przestrzegał, bym się przed irytacyą chroniła!... Wezmę prędko kropli laurowych. Zażywa krople. Tak, teraz siądę sobie i będę się bawić Mizią, — niby nie spodziewając się mego ukochanego! Siada i bawi się z kotem...