Strona:Karol Wachtl - Spóźnione zaloty.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 7 —

kłamały! Kłamały, a to już dawno byłby czas, aby mi się te przepowiednie ziściły; bo choć nie jestem chyba bardzo starą, no, ale do stanu małżeńskiego czuję się przecie... dojrzałą!... Oj słodki stanie małżeński! — Ile gotowości czuję do ciebie, — tego nie pojął nigdy fałszywy ród mężczyzn! Nie ocenił mojej chęci poświęcenia się domowemu ognisku i osłodzenia życia komuś kochanemu! Dali mi długo czekać na siebie! Myśleli, że już męża nie złapię, a tu właśnie, im na przekór, znalazł się ktoś nareszcie, co im porwie kanareczka, i spełni moje życzenia... Wyjmuje fotografię. O tak jedyny mój Panie Jacenty, dla ciebie bije moje serce! Tobą tylko żyję! Przychodź zatem i bierz mnie, bierz, a bierz prędko, bo już czas najwyższy! Zaczyna nucić tonem przesadnym i fałszywym. ”A ja cię szukam — szukam na okół, a ja cię znaleźć nie mogę“... Urywa, zamyśla się.
Czemu to on jednak wczoraj do mnie nie przyszedł? Przyrzekł być, a nie był! Szkoda, poszlibyśmy razem karmić moje kurki! Niech żałuje, bo musiałam wyglądać uroczo, sypiąc ręką, jak perły białą, grad krup na kury i kaczki.
Spostrzega się i ogląda ręce. Oj rączko moja, rączko, uszczęśliwisz ty kogoś i to już niedługo, kogoś, kto od dawna wzdycha do ciebie, i tylko biedak nie ma śmiałości zdecydować się ostatecznie! Spodziewam się jednak, że to lada