Strona:Karol May - The Player.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szym razem; a teraz rozważcie, czy ja nie mam prawa zgóry traktować, czy nie mam prawa pociągnąć was do odpowiedzialności! Szukałem u was opieki nad wychodźcami, a odprawiono mię z kwitkiem. Wy zaś zatwierdzając kupno, wydaliście tych biedaków w ręce złoczyńcy. Powiedzcie mi więc, jak wobec tego powinienem właściwie postąpić?
Na to nikt nie odpowiedział. Wtem drzwi się uchyliły i Apacz, zajrzawszy przez skrzydło, zapytał:
— Czy mój brat gotów? Winnetou nie ma ochoty dłużej tutaj przebywać.
Szybko podszedł do niego hacjendero, ujął za rękę i prosił:
— Niech pan wejdzie jeszcze raz, sennor! Proszę pana o to usilnie. Sennor wie, że bez pańskiej rady nic nie pocznę.
Apacz wszedł do pokoju; zmierzył go wzrokiem poważnym i rzekł:
— Czy blada twarz podziękowała memu bratu Shatterhandowi?
Był to znowu przykład, jak dalece zgadzały się nasze myśli. W krótkiem pytaniu Apacz wyraził to samo, co przed chwilą tak długo wykładałem hacjenderowi.
— Nie miałem jeszcze sposobności. Przecież tyle spraw jest do omówienia, — brzmiało usprawiedliwienie hacjendera. — Chcecie zostać w Ures do jutra?
Winnetou potwierdził skinieniem głowy.
— A tymczasem możnaby wiele zdziałać. Każda chwila droga! — nalegał Pruchillo.
— Rzecz najważniejsza, aby nasze konie wypoczęły