Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/61

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    tak, aby, przy pobieżnem sprawdzeniu nie można było zauważyć żadnej zmiany. Nareszcie poczułem się uspokojonym. Mój cel był osiągnięty jeszcze przed przybyciem sefira. Teraz może wejść!
    Nastrój ochmistrza nie był podobnie niefrasobliwy, mimo, że uważał się za odważnego wojownika. Słyszałem ustawicznie tłumione „ach“ i „och“, do których dochodziło jękliwe „Allah, Allah“ Był w strachu, kiedy po pewnym czasie doszły nas kroki, odblaski światła mignęły między prętami kraty, zwrócił się do mnie, drżąc z przerażenia:
    — Effe-fendi, nad-chodzą! Ja Samaja, ja hajaja, o, niebo, o, życie moje! Teraz przyszła nasza kreska! O, gdybym się nie dał zwieść! Gdybym nie wlazł tutaj!
    — Milcz, — rzuciłem — słyszę, że idą pierw do Halefa, musimy nasłuchiwać!
    Kroki skierowały się do numeru czwartego, słyszałem rozmowę między sefirem a Halefem, ale nie mogłem rozróżnić słów. Gdy pierwszy wychodził, Halef podniósł głos, pochwyciłem więc słowa:
    — Będę się śmiał ostatni! Znam swego effendi’ego. Przyjdzie, na pewno przyjdzie i mnie wybawi. Wtedy porachujemy się z tobą.
    — A więc oznajmiam ci, że już przyszedł — odrzekł safir. — Leży już od dłuższego czasu tu obok, mocniej związany, niż ty!

    59