Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

zdecydowany nie dać się tknąć, i każdego, który to spróbuje, zwalić na miejscu.
Doszedłem pomyślnie do miejsca schronienia koni. Nie było tam nikogo. Stąd poszedłem w znanym mi kierunku ku wejściu do składu przemytników. Paliły się tam liczne ogniska i w ich poświacie łatwiej mi było uniknąć możliwych spotkań. Jąłem się skradać, pełzając po ziemi, coraz bliżej i bliżej, aż do pojedyńczo stojącej kolumny, oświetlona z jednej strony, z drugiej rzucała głęboki cień. Zaczaiłem się w tym cieniu i nastawiłem uszu.
Zaledwie o dwadzieścia kroków oddalony od znakomitego grona, które tu pędziło swój nocny żywot, mogłem wszystkich widzieć oraz słyszeć, co było mówione normalnym głosem. Mówili jednak przeważnie głośniej i bez żenady; widać było, że wszyscy czują się tu bardzo bezpiecznie.
Tworzyli dwa oddziały, z których jeden, jak to odrazu spostrzegłem, składał się z bandytów, a drugi z przemytników. Ci ostatni byli najęci uprzątaniem jakiejś wielkiej paki towaru, z której poszczególne paczki zanosili do składu. Robili to w łańcuchu, to znaczy w ten sposób, rozstawieni w pewnych odstępach podawali sobie paczkę, z rąk do rąk Dzięki temu oszczędzali sobie chodzenia i dźwigania. Było bardzo prawdopodobne, że wejście do składu było znane nie wszystkim, lecz tylko zaufanym lu-

47