Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Przejechaliśmy krótką przestrzeń, i kol agasi zatrzymał pochód.
— Jesteśmy na żądanej odległości — rzekł. — Gdybyśmy głośno krzyknęli usłyszanoby nas przy ruinach. Chcesz nas teraz opuścić?
— Tak.
— Na jak długo?
— Nie mogę tego określić. Macie tutaj zostać i nie oddalać się pod żadnym pozorem aż do mego powrotu! Przytem nie róbcie żadnego hałasu, chociażby najlżejszego,
— A jeśli nie powrócisz?
— Wrócę!
— Czy znajdziesz nas w ciemności?
— Tak. Powierzam ci tutaj moją broń, i nie puszczaj innych koni do naszych ogierów. Nie znoszą tego, szczególnie kiedy leżą.
Barkh Halefa był prowadzony za cugle; dałem naszym koniom znak, aby się położyły. Potem udałem się na wywiad.
Mój plan był oparty na przypuszczeniu, że sefir, przed terminem zapowiedzianych sześciu czy siedmiu godzin, nie wrócił do wnętrza Birs Nimrud, przynajmniej do izby, gdzie nas umieszczono. Jeżeli jednak zajrzał tam przedtem, powinien był, stwierdziwszy naszą ucieczkę, wycofać się jak najprędzej, zabierając ze skarbów ruiny tyle, ile w pośpiechu się dało.
Oczywiście, wysiliłem się na największą ostrożność. Z nożem w ręku, byłem mocno

46