Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

wiłem ci pomóc i nie pomyślałem nawet o tem, że w moich oczach jesteś niewierzącym. A więc módl się za mnie śmiało. Nikt bardziej ode mnie nie potrzebuje, aby się zań modlono.
— Tak, effendi, będę to czynił. Teraz powiedz, co dalej robić?
— Mam wraz z Halefem zajęcie na górze. Ty zaś udajesz się do swych ludzi i skupiasz całą swą uwagę na schwytanych, jesteś właśnie odpowiedzialny za to, aby nikogo nie zabrakło, kiedy przybędzie generał.
— Mówisz o Osmanie Paszy?
— Tak.
— Czy ma tu przybyć?
— Chciałbym. Wyślij natychmiast gońca na szybkim koniu do Hilleh. Niech go sprowadzi i posłuży mu za przewodnika.
— Wysyłam mego najlepszego jeźdźca. Jeszcze jedno pytanie, effendi. Nie weźmiesz mi je za złe?
— Nie zapytasz mnie o nic takiego, coby mi sprawiło przykrość? Mów!
— Myślę o obietnicy, jaką uczyniłeś moim asakerom...
— Ach, przyrzeczone piastry?
Tak Nie gniewaj się na mnie, że ci to przypominam. Życzę im tej niezaznanej dotąd uciechy z całego serca. Ja jestem szczęśliwy, niechże i oni się cieszą.
— Ta twoja troskliwość i dbałość o swe-

111