Strona:Karol May - Osman Pasza.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

liskami i tępo zapatrzeni w naszą stronę. Kol agasi był o tyle roztropny, aby nie wysuwać swych asakerów w zwartym szeregu, lecz w rozciągniętej tyraljerze, dzięki czemu oskrzydlenie zostało utrzymane i wszystkie możliwe furtki do ucieczki jednocześnie zamknięte.
Czterej ranni ogłuszającym wrzaskiem wyli, zawodzili i klęli jednym tchem. Nie zwracaliśmy, oczywiście, uwagi na ich wyzwiska. Wszystkie te ciury były podszyte tchórzem. Wprawdzie obdarzeni przebiegłością, niezbędną do nocnej kontrabandy i tajemnych wypraw, nie mieli jednak czoła, aby ścierać się w otwartej walce, i z tego właśnie powodu sefir nie ich, lecz Beduinów użył do napadu na karawanę Piszkhidmat baszi. Aby zatrzymać ich uwagę i nie dać im czasu na odwrócenie się wtył, Hadżi uraczył ich wielką karcącą mową, w której dowodził, że są wyrzutkami społeczeństwa, my zaś świętymi i bohaterami bez skazy. Osiągnął swój cel, bowiem na długo, jeszcze przed końcem jego przemówienia kol agasi stanął wraz ze swymi żołnierzami u zwałów, pod którymi przemytnicy tłoczyli się w popłochu i trwodze. Halef urwał i zwrócił się do mnie:
— Asakerzy są już tutaj, muszę więc, niestety, przerwać swoje piętnujące kazanie. Teraz twoja kolej — mów dalej!
— Ani myślę, wystarczy, jeśli zrobię znak ręką,

103