Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiedy człowiek jest zmęczony, nie może tracić zbyt wielu słów.
— Istotnie poczułem był nagle znużenie. Czy przypominacie sobie jeszcze naszą rozmowę na Llano Estaccado?
— Tak.
— Przedtem mówiliście z Old Wabblem o Bogu i religii.
— Rzeczywiście.
— Czy jesteście dziś tego samego zdania, co nocy ówczesnej?
— Oczywiście!
— Wierzycie więc, że jest Bóg?
— Nietylko wierzę, lecz także wiem to.
— Uważacie zatem każdego, kto w to nie wierzy, za głupiego?
— Jak mógłbym coś podobnego pomyśleć? Tego rodzaju zarozumiałość z mojej strony byłaby dopiero głupotą. W Boga nie wierzą tysiące ludzi, którym ja nie jestem godzien rozwiązać trzewika, jeśli chodzi o stosunek ich wiedzy do mojej. Są natomiast ludzie, którzy wierzą w Boga, ale pod względem ziemskiego rozumu nie stoją na stopniu tak wysokim. Jest wprawdzie, jeśli można tak się wyrazić, biblijna, religijna mądrość, lecz o tej chyba wyście nie myśleli.
— To wymieńcie inne słowo, którem określacie ludzi, nie wierzących w jednego Boga!
— Nie potrafię wam takiego słowa powiedzieć.
— Czemu nie?
— Czy wam nie wystarcza słowo: niewierzący?
— Nie.
— Nie znam innego. Rozumiem dobrze, co macie na myśli, ale tyle jest rodzajów niewierzących, że nie łatwo jest wszystkie ściśle określić. Jeden jest zbyt obojętny, drugi za leniwy, trzeci za dumny, czwarty chce być swoim panem i nie znać władzy nad sobą, piąty wierzy tylko w siebie, szósty w potęgę pieniędzy, siódmy w nicość, ósmy w pramateryę, jednem