Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mogliśmy ich z sobą zabrać. Nie wiedzieliśmy, którędy będziemy wracali, dlatego nie uważaliśmy za korzystne sprawiać je i zakopywać, ażeby je później zabrać. Któż może policzyć, ile skór w ten sposób zmarnowało się na Dzikim Zachodzie!
Nie podążyliśmy za Utajami zaraz, bo to byłoby błędem, lecz zaczekaliśmy do południa, żeby nas nieco wyprzedzili. Oni śpieszyli się bardzo i obrali kierunek, w którym i my musieliśmy się udać. Nie był to dla nas dobry znak.
— Czy myślicie, mr. Shatterhand, że oni zamierzają na nas się zemścić? — zapytał mnie Apanaczka.
— Tak sądzę — odpowiedziałem.
— W takim razie musieliby jechać za nami, a nie przed nami!
— Uczynią to niebawem. Założę się, że przy najbliższej sposobności postarają się o to, żeby ich ślad zaginął.
Miałem słuszność. Następnej nocy szalała burza aż do rana. Gdyśmy potem szukali tropu Utajów, nie znaleźliśmy nic, bo deszcz wszystko spłukał.
Old Surehand zachowywał się podczas następnych dwóch dni nadzwyczaj milcząco, a zwłaszcza unikał rozmowy ze mną, jednak w sposób niezbyt rażący. Nie wynikało to u niego z nieprzyjaznego dla mnie uczucia. Domyślałem się, że walczył sam z sobą, czy ma być wobec mnie otwarty, czy też dalej ukrywać swą tajemnicę. Nie próbowałem wcale nań wpływać pod tym względem. Był mężczyzną, musiał więc sam dać sobie z tem radę. Wreszcie poznałem, że postanowił nadal milczeć. Uważał jednak za stosowne wspomnieć coś o naszej ostatniej rozmowie, bo kiedy jechał przez krótki czas obok mnie, powiedział:
— Czy obraziłem was, mr. Shatterhand, podczas naszej rozmowy w parku?
— Nie, mr. Surehand — odrzekłem.
— Zdaje mi się, że byłem za skąpy w słowa.