Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Skoro wam mówię, możecie mi spokojnie uwierzyć.
— Spokojnie? Ależ ja sam przy tem nie jestem spokojny, wcale nie jestem!
— Nie znam powodu, dla którego taka prosta i jasna sprawa, obojętna zupełnie dla mnie, miałaby wam psuć spokój.
— Obojętna? Czy wam to rzeczywiście takie obojętne, mr. Cutterze?
— Zupełnie.
— To okropne.
— Pshaw! Nie przypuszczałem, że z was taki nabożniś.
— Nabożniś? Nie jestem nim, o ile rozumiecie to słowo tak, jak je rozumieją bezbożnicy.
— Rozumiem to zupełnie tak — ale czy jestem bezbożnikiem? Hm!
— Jesteście nim; wszak wyrzekacie się Boga.
— Słuchajcie, nie posuwajcie się za daleko, mr. Shatterhandzie! Jestem gentleman, nie hultaj. Czyniłem zawsze, co uważałem za słuszne i chciałbym zobaczyć tego, kto nazwałby mnie bezbożnikiem.
— To popatrzcie na mnie!
— Czy mówicie to naprawdę poważnie?
— Zupełnie! Czyniliście zawsze, co uważaliście za stosowne, byliście zatem zawsze swoim własnym chlebodawcą. Czyż nie ma prawa, które stałoby wyżej od naszej woli?
— Hm! Prawa Stanów Zjednoczonych, wedle których postępuję.
— Żadnych innych?
— Nie.
— Czyż niema praw etycznych, religijnych, boskich?
— Dla mnie nie. Urodziłem się to fakt. Urodziłem się takim, jak jestem — to drugi fakt. Nie mogę być innym, aniżeli jestem — to trzeci fakt. Nie ponoszę zatem najmniejszej winy za to, co czynię — to główny fakt. Wszystko inne to nonsens i głupstwo!