Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Słuchajcie, mr. Cutterze, wasza logika kuleje na wszystkie cztery nogi.
— Pozwólcie jej kuleć, sir! Wkulałem w to życie, nie pytany o pozwolenie, a niech mnie dyabli porwą, jeśli, kulejąc z niego, zapytam kogo o pozwolenie! Do tego nie potrzeba mi ani religii ani Boga.
To było okropne. Włosy powstały mi na te słowa na głowie, i doznałem uczucia, jak gdyby mi ktoś kawałkiem lodu przesuwał po plecach. Przed chwilą dopiero wyobrażałem sobie jazdę niedowiarka przez pustynię — a teraz myśl ta stała się rzeczywistością. Ten starzec, nie myślący o tem, jak blizkim był grobu, wypowiadał słowa, zawierające dla mnie bluźnierstwa, przejmujące mnie zgrozą.
— Więc nie wierzycie w Boga? — spytałem drżącym niemal głosem.
— Nie.
— A w Zbawiciela?
— Nie.
— A w życie zagrobowe?
— Nie.
— A w zbawienie i potępienie wieczyste?
— Ani mi się śni! Na co mi się przyda taka wiara?
Czy te słowa miały mnie smucić, czy oburzać, nie wiedziałem — ale napadło mnie coś, co mnie zmusiło położyć mu z konia rękę na ramieniu i powiedzieć:
— Słuchajcie, mr.Cutterze, darzyłem was sympatyą, jak nie każdego, ale teraz przejmuje mnie zgroza przed wami! Mimo to zostanę przy was i postaram się wam dowieść, że znajdujecie się na strasznie błędnej drodze.
— Co to znaczy? Czy chcecie mnie pouczać?
— Tak.
— W tem, co nazywacie religią?
— Tak.
— Dziękuję, bardzo dziękuję. Musiałbym to sobie wyprosić, a sama próba byłaby dla mnie obrazą. Słyszeliście przed chwilą, jak i co myślę. Nie potrzebuję niczyich słów i nauki, jestem na to za stary i za mądry