Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na bok tak, że padł na ziemię. Zerwał się czemprędzej z przekleństwem na ustach i chciał konia chwycić na nowo, lecz ostrzegłem go:
— Chwytajcie swojego konia, ale nie mego; słucha tylko mnie i gotów was kopytami zdruzgotać!
Ogier stanął istotnie w postawie wojennej, gotów w razie ponownego ataku uderzyć go kopytami w pierś albo w głowę. Podczas tego zwrócił ku niemu wstecz przepiękną głowę i przedstawiał w świetle ognia widok zdolny zachwycić każdego znawcę koni. Old Wabble nie przypatrzył się przedtem temu przepysznemu stworzeniu, więc teraz odskoczył wstecz o kilka kroków i zawołał:
— Thunder-storm! A to co za zwierzę! Trzeba się temu dokładniej przypatrzyć.
Trzymając się z respektem w pewnem odddaleniu, obszedł ogiera dokoła. Jako były „król cowboyów“, musiał być dobrym znawcą koni, i twarz jego zaczęła nabierać wyrazu coraz większego zachwytu.
— Nie widziałem jeszcze nigdy takiego konia! — przyznał. — Jest tylko jeden taki ród, a hodują go u Meskalerów. Z niego to pochodzą dwa czarne ogiery, których właściciele...
Naraz urwał, przystąpił do mnie, leżącego wciąż jeszcze na trawie, przypatrzył mi się dokładnie, podniósł z ziemi rusznicę i sztuciec Henryego, tkwiący jeszcze w futerale, obejrzał obie strzelby, położył je napowrót i zapytał:
— Czy to wasz ogier, sir?
— Tak — potwierdziłem.
— Czyście go kupili?
— Nie.
— Otrzymaliście w darze?
— Tak.
Na to przemknął niewypowiedzianie szelmowski uśmiech po zmarszczkach jego starej twarzy! skinął głową, oczy zaświeciły mu radością i zapytał w dalszym ciągu: