Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy bluzę myśliwską i legginy, które macie na sobie, także wam darowano?
— Tak.
— I poszukujecie rzeczywiście starych grobów?
— Tak, czasami.
— I nazywacie się Charley?
— Napewno.
— Well! Znałem pewnego białego, a raczej słyszałem o takim, którego brat po krwi nazywa Charley, i życzę wam szczęścia w szukaniu starożytności. Wybaczcie, że omal nie zmaltretowałem waszego konia; nie uczynię już tego, th’ is clear!
Powrócił do ogniska i usiadł tam na ziemi. Przejrzał mnie i nie chciał zdradzić mego incognita. Reszta nie zrozumiała jego zachowania się i jego słów i patrzyła ze zdziwieniem. Widząc jednak u niego obojętne oblicze, przestali się mną zajmować i podjęli na nowo przerwaną rozmowę. Ja natomiast powstałem i przeszedłem obok nich, aby wyjść z obozu, a uczyniłem to z miną, jak gdybym nie miał do tego żadnego ciekawego powodu. Nie chciałem zwracać ich uwagi.
Miałem jednak powód do odejścia i to bardzo słuszny. Old Surehand i Old Wabble dostali się do niewoli, a drugiemu z nich udało się umkąć. Był to jeden z najtęższych i najprzebieglejszych westmanów, więc dziwiłem się jego pewności siebie. Byłem pewien, że Komancze będą go ścigali. Musieli przypuścić, że pójdzie po sukurs dla Old Surehanda i musieli go doścignąć, aby go uczynić nieszkodliwym. Jechał wprawdzie bardzo prędko, domyślałem się jednak, że Komancze musieli do pościgu wybrać jeźdźców na najlepszych koniach. Odległość między nim a nimi nie mogła być zatem zbyt wielka. Być może, że z nastaniem nocy rozbili obóz, ponieważ jednak musieli przypuścić, że tą, łatwo dostępną, doliną pojechał dalej, mogli też bardzo łatwo uczynić to samo. W takim razie byliby niedaleko od nas. Zresztą, czy domysł mój był słuszny czy nie, chciałem wyjść na poszukiwanie.