Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ani mi przez myśl nie przeszło.
— Więc bądźcie tacy dobrzy i wytłumaczcie się, jeśli wam nie mam noża wbić między żebra. Nie pozwolę się wodzić za nos.
— Well. Chce zbadać, skąd pochodzą teraźniejsi Indyanie. Słyszeliście m że już kiedy, że to, co się w grobach znajduje, oddaje pod tym względem wielkie usługi.
— Hm! Czytałem o tem rzeczywiście, że są ludzie, którzy rozkopują dawne groby, aby z nich studyować historyę, czy coś podobnego. To głupstwo! I takim właśnie jesteście?
— Yes.
— A więc uczonym?
— Yes.
— Niech was Bóg wspiera, sir! Możecie łatwo paść nosem w grób i zostać tam bez życia. Jeśli szukacie zwłok umarłych, to czyńcie to w okolicach, gdzie jesteście pewni waszego życia. Tutaj kule i tomahawki świszczą w powietrzu. Komancze w drodze. Czy umiecie strzelać?
— Trochę.
— Hm, wyobrażam sobie! Mnie się także kiedyś zdawało, że umiem strzelać. Może wam to kiedy opowiem. Jak widzę, macie starą rusznicę, którą można mury walić. To ma głębokie znaczenie. A tam w etui to pewnie taka strzelbka na niedzielę.
— Ja nie wiem.
— Musi tak być! Powiadam wam, sir, że tu niebezpiecznie szukać trupów. Zabierajcie się stąd. Przyłączcie się do nas, to wam będzie bezpieczniej, aniżeli samemu.
— W jakim kierunku stąd pojedziecie?
— Także nad Pecos, tam gdzie i wy, jak słyszeliśmy przedtem
Powiódł po mnie napół łaskawym a napory ironicznym wzrokiem i mówił dalej:
— Wyglądacie wcale nieźle, jak obłuskane jajo,