Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przeciwko temu. Zresztą nie czekamy już dłużej, bo pięć minut upłynęło.
— Uff! Jedziemy nazad, ale biada Old Shatterhandowi i jego bladym twarzom, gdyby do jutra ośmieliły się zakraść nad Błękitną Wodę. My nasz brzeg także obsadzimy i zabijemy każdego z was, ktoby się tam pokazał. Ja także powiedziałem. Howgh!
Zawrócili i zniknęli jeden po drugim w zaroślach po drugiej stronie brodu. Zwróciłem się do Old Wabblea:
— No, mr. Cutterze, cóż wy teraz? Czy to nie znakomity rezultat?
— Rezultat? Nawet znakomity? Nie wierzę wogóle w żaden rezultat.
— Przecież odjechali!
— Ale powrócą.
— Ani się im to przyśni.
— Ja wam powiadam, że wrócą. Przepłyną na innem miejscu.
— Ażeby się dać przez nas wystrzelać?
— Czy zamierzacie rzeczywiście uczynić to, co powiedzieliście, to jest obsadzić brzegi?
— Nie, to była tylko groźba.
— Więc przejdą na tę stronę i będą nas ścigali.
— A ja wam mówię, że zostaną po tamtej stronie, bo uważają groźbę za prawdziwą.
— Byliby głupi!
— Głupi, czy nie głupi, ale zostaną; możecie to poznać po ich groźbie.
— Jakiej groźbie?
— Że oni także tamten brzeg obsadzą. Zresztą wierzą już teraz, że przybyliśmy tylko ze względu na Old Surehanda i że nie mamy innego względem nich zamiaru. Jesteśmy już bezpieczni przed nimi.
— Ale jeśli swój brzeg obsadzą, zauważą, że nasz nieobsadzony, i przejdą bezwarunkowo; th’ is clear.
— Tak. Zauważą, lecz nie tak rychło, jak sądzicie. Oni muszą mieć się bardzo na baczności. Przepłynąć nie mogą — to byłoby zbyt niebezpieczne — a zobaczyć