Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  148  —

przeciwko temu. Zresztą nie czekamy już dłużej, bo pięć minut upłynęło.
 — Uff! Jedziemy nazad, ale biada Old Shatterhandowi i jego bladym twarzom, gdyby do jutra ośmieliły się zakraść nad Błękitną Wodę. My nasz brzeg także obsadzimy i zabijemy każdego z was, ktoby się tam pokazał. Ja także powiedziałem. Howgh!
 Zawrócili i zniknęli jeden po drugim w zaroślach po drugiej stronie brodu. Zwróciłem się do Old Wabblea:
 — No, mr. Cutterze, cóż wy teraz? Czy to nie znakomity rezultat?
 — Rezultat? Nawet znakomity? Nie wierzę wogóle w żaden rezultat.
 — Przecież odjechali!
 — Ale powrócą.
 — Ani się im to przyśni.
 — Ja wam powiadam, że wrócą. Przepłyną na innem miejscu.
 — Ażeby się dać przez nas wystrzelać?
 — Czy zamierzacie rzeczywiście uczynić to, co powiedzieliście, to jest obsadzić brzegi?
 — Nie, to była tylko groźba.
 — Więc przejdą na tę stronę i będą nas ścigali.
 — A ja wam mówię, że zostaną po tamtej stronie, bo uważają groźbę za prawdziwą.
 — Byliby głupi!
 — Głupi, czy nie głupi, ale zostaną; możecie to poznać po ich groźbie.
 — Jakiej groźbie?
 — Że oni także tamten brzeg obsadzą. Zresztą wierzą już teraz, że przybyliśmy tylko ze względu na Old Surehanda i że nie mamy innego względem nich zamiaru. Jesteśmy już bezpieczni przed nimi.
 — Ale jeśli swój brzeg obsadzą, zauważą, że nasz nieobsadzony, i przejdą bezwarunkowo; th’ is clear.

 — Tak. Zauważą, lecz nie tak rychło, jak sądzicie. Oni muszą mieć się bardzo na baczności. Przepłynąć nie mogą — to byłoby zbyt niebezpieczne — a zobaczyć