Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że wylot był wprost na dowódcę. Obrócił się na siodle i powiedział kilka słów do stojących za nim w wodzie, poczem znowu odwrócił się do mnie i zapytał:
— Jak długo pozostanie Old Shatterhand tu nad rzeką?
— Dolpóki nie będzie wiedział, że synowie Komanczów nie mają względem nas złych zamiarów.
— To może wiedzieć już teraz.
— Nie. My się rozłączymy i obsadzimy ten brzeg daleko w górę i w dół rzeki, a w ten sposób będziemy widzieli każdego Komancza, chcącego się przeprawić. Jeden strzał wystarczy nam do połączenia się i odpędzenia was. Gdy do jutra wieczorem przekonamy się, że wasi wojownicy nie starali się dostać na ten brzeg, będziemy pewni, że chcecie zgody, i opuścimy te strony, gdzie przybyliśmy tylko, ażeby uwolnić Old Surehanda.
— Uff! Do jutra wieczorem, to długo!
— Dla nas nie, bo mamy czas.
— A potem rzeczywiście odejdziecie?
— Nie zobaczycie nas potem; powiedziałem i słowa dotrzymuję.
— I przybyliście do Saskuan-kui tylko dla uwolnienia Old Surehanda?
— Tak.
— I z żadnego innego powodu?
— Nie, powiadam.
Mogłem go o tem zapewnić, nie kłamiąc. Chciałem się udać wprost na Llano Estacado, a droga tam nie zawiodłaby mnie była nad Błękitną Wodę.
Zamienił znowu kilka słów ze stojącymi za nim i spróbował jeszcze raz ze mną.
— Old Shatterhand grozi, bo nam nie wierzy; jeśli mimo to pojedziemy dalej, nie będzie strzelał.
— Będę i daję ci na to słowo, że ty pierwszy dostaniesz ode mnie kulą w łeb. Jeśli wbrew temu zapewnieniu chcesz spróbować, to nie mam nic