Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czemu chcecie polować z tej strony rzeki a nie z tamtej?
— Bo zdaje nam się, że tu więcej zwierzyny.
— A my jesteśmy tą zwierzyną.
— Nie, tą zwierzyną są bawoły i antylopy na preryach i w dolinach rzecznych.
— Od kiedy to mają czerwoni wojownicy zwyczaj malować sobie twarze, gdy zamierzają tylko polować?
— Od... od... od...
Nie znalazł odpowiedzi i zawołał do mnie z gniewem w głosie:
— Od kiedy mają wojownicy Komanczów zwyczaj zdawać każdej bladej twarzy sprawę z tego, co czynią lub co chcą czynić?
— Od kiedy Old Shatterhand tego żąda. Powiedziałem wodzowi Wupa Umugi, że jestem przyjacielem czerwonych mężów, ale nie znam łaski, gdy mnie zaczepią.
— Nie chcemy was zaczepiać.
— To wracajcie natychmiast.
— Nie zrobimy tego, lecz przejedziemy obok was na polowanie.
— Spróbujcie. Nikt z was nie przejedzie, a rzeka poniesie w dół trupy was wszystkich i powyrzuca je na brzeg.
— Uff! Kto tu ma rozkazywać, Old Shatterhand, czy wojownicy Komanczów?
— Old Shatterhand. Widzicie wszystkie nasze strzelby wymierzone do siebie; gdy zechcę, wypalą wszystkie, a moja czarodziejska strzelba także do was przemówi. Daję wam czas, zwany przez nas, białych, pięcioma minutami: jeśli potem nie zwrócicie koni z powrotem, nikt z was już wogóle nie wróci. Powiedziałem!
Wziąłem sztuciec do ręki, a chociaż nie trzymałem go w pogotowiu do strzału, bo na przeciąg pięciu minut byłoby to nużące, zwróciłem go przecież tak,