Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stamtąd? To za daleko i nie przydałoby się na nic, gdyż posterunki nasze, gdybyśmy tu zostali, nie stałyby w otwartem polu, lecz musiałyby się ukryć. Do tego należy dodać jeszcze jedną ewentualność. Czy wyobrażacie ją sobie?
— Ja? Hm, nie. Ale chciałbym wiedzieć, czy Old Surehand może sobie wyobrazić tę nieznaną ewentualność.
Starzec zamierzał oczywiście temi słowy wystawić na próbę bystrość Old Surehanda, ja zaś sądziłem, że się w to nie wda, ale olbrzymi myśliwiec poklepał go po ramieniu i rzekł z uśmiechem zadowolenia.
— Chcecie odbyć ze mną egzamin, stary Wabble’u. To mnie bawi!
— Bardzo mnie to cieszy, że to was nie obraża lecz bawi. Gdy się słyszy Old Shatterhanda, mówiącego w ten sposób, możnaby sądzić, że jest wszechwiedzący. Czyż to więc dziwne, że chciałoby się dowiedzieć, czy Old Surehand także coś wie?
— Mogę wam zrobić tę przyjemność. Ja wiem coś także.
— Co?
— Trzecia ewentualność, którą Old Shatterhand ma na myśli, jest następująca. Czerwoni chcą się przekonać, czy obsadziliśmy ten brzeg rzeczywiście. Zobaczyć tego nie mogą ani przejść na przestrzeni, na której prawdopodobnie będziemy stali — pójdą więc poza tę przestrzeń, przepłyną tam przez rzekę i zakradną się brzegiem, ażeby znaleść nasze straże.
— A jeżeli ich nie znajdą, sir?
— To będą wiedzieli, żeśmy odeszli i wystrychnęli ich na dudków.
— Ale potem przecież nastąpi to, co ja twierdzę. Pojadą za nami i napadną na nas!
— Tego musimy się oczywiście spodziewać — przyznał Old Surehand staremu.
Dowiódł, że bystrość posiadał, oraz, że mnie zrozumiał i odgadł — ale ostatnim jego słowom nie mogłem przyklasnąć. Zaoponowałem więc: