Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


damileży spokojnie przed nimi, za każdym zaś ruchem naszym powstawać będą fale, i gwiazdy zaczną się trząść tędy i owędy. Gdy będziemy dopływali, powstanie taka rewolucya na całym odbitym w wodzie firmamencie, w strażnicy będą musieli zwrócić na nas uwagę.
— A cóż to szkodzi?
Przystanął znowu, zatrzymał mnie i zapytał:
— Co?... Jak?... Co to szkodzi? I tak pyta Old Shatterhand! Takie pytanie nie zdziwiłoby mnie tylko u greenhorna[1] Co to szkodzi! Te draby zaczną oczywiście natychmiast ryczeć o pomoc; a potem rzucą się wszyscy Komancze w wodę i zaczną się łowy, w których zginiemy. Żebyśmy nie wiem jak dobrze pływali, to przecie zbyt wiele psów — śmierć dla zająca.
— Nie zawołają chyba o pomoc — odrzekłem, zmuszając go do dalszej drogi.
— Oczywiście, że tak! Zobaczą przecież, że nadpływają dwaj ludzie i to dwaj biali. A jeśliby nawet rzeczywiście nie krzyczeli, to poślą pewnie za nami kilka kul.
— I tego nie uczynią.
— Ależ, sir, ja was nie pojmuję.
— Nie zobaczą nas wcale.
— Co?... Nie zobaczą nas, gdy cały firmament będzie trząsł się i mrowił?
— Nie, bo się zamaskujemy.
— Zamaskujemy? To coraz większe szaleństwo! Jak się zamaskujemy? Czy może wy jako domino, a ja jako arlekin? Dziękuię wam za taki karnawał!
— Zrozumiejcież mnie dobrze, mr. Cutterze! Pod zamaskowaniem rozumiem ukrycie się,
— Także dobrze! Gdzież ukryjecie się w wodzie?
— Za sitowiem.
— Na jeziorze go niema, tylko na brzegu.
— Weźmiemy je ze sobą.

— Nonsens! Nikt z czerwonych nie da się tem otumanić.

  1. Dosłownie: Zielony rożek chrabąszcza — nowicyusz.