Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mogę wam dowieść, że tak.
— Jakże to?
— Przed chwilą urządziłem taką maskaradę, nie mogąc w żaden inny sposób dopiąć swojego celu.
— Rzeczywiście?
— Tak.
Opowiedziałem mu, jak było, a kiedy skończyłem, odrzekł:
— Hm, to przecież nie takie całkiem głupie, jak myślałem. Ale jeden snop sitowia to ujdzie — dwa jednak? Niełatwo nam się uda płynąć całkiem równo, więc oba snopy raz będą w kupie, to znów się rozejdą, co będzie musiało wpaść im w oko i wzbudzić podejrzenie.
— Zapewne, ale my nie weźmiemy dwu snopów, lecz urządzimy sobie wyspę z sitowia, pod którą będziemy pływać.
— Niezłe!
— Z początku popłyniemy szybko — kiedy jednak dostaniemy się w zakres ich wzroku, popłynie nasza kępa powoli, bardzo powoli.
— A nasze jasne ciała? Ażeby płynąć obok siebie, potrzebujemy przynajmniej ośm łokci miejsca. Czy może ta kępa być taka wielka? Dozorcy nas zobaczą, bo mamy jasną skórę.
— Zostaniemy w ubraniu.
— Hm — mruknął.
— Czy sądzicie, mr. Cutterze, że utrudni wam to pływanie?
— Wcale a wcale nie! Pytanie tylko, czy strażnicy, jeśli wszystko szczęśliwie się uda, pozwolą wylądować naszemu sitowiu na wyspie.
— Ono nie wyląduje.
— Nie? A więc i my nie? A przecież musimy się dostać na wyspę. To wprost niezrozumiałe.
— Bardzo łatwo. Czy umiecie nurkować?
— Jak żaba, powiadam wam, jak żaba, th’ is clear; tak głęboko w dół, jak chcecie!