Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Młodzi bracia mogą się oddalić; wiemy już, co chcieliśmy wiedzieć.
Obaj Komancze oddalili się, a zarazem z nimi wszyscy, którzy z ciekawością lecz i uszanowaniem zbliżyli się do ogniska. Także ci, którzy siedzieli przy ognisku, przeznaczonem dla Old Wabble’a, opuścili je przedtem, ciekawi wieści o pościgu, i, ponieważ nie było nic do podsłuchania, spodziewałem się, że stary odszedł z powrotem. Pokazało się też zaraz, że miałem słuszność, gdyż w tej chwili odezwała się cztery razy ropucha w umówiony przez nas sposób.
— Czy miałem miejsce moje opuścić? Chwila obecna nadawała się do tego, gdyż podczas powrotu czerwonoskórych do ognisk powstała krętanina, podczas której nie było obawy, aby mój poruszający się piuropusz z sitowia ściągnął na siebie uwagę. Spodziewałem się jednak, że przy tem ognisku dalej jeszcze będą mówili o tym przedmiocie, i chciałem to usłyszeć. Co do powrotu, to spodziewałem się jeszcze znaleźć chwilę sposobną. Czerwoni jeszcze nie jedli, i czekano prawdopodobnie, aż się napiecze dostateczna ilość mięsa. Potem musiało znowu nastąpić zamieszanie, podczas którego powinienem znaleźć stosowną chwilę. Leżałem więc dalej w wodzie a raczej w błocie.
Wódz rozgniewał się widocznie na to, że stary się wmięszał, gdyż powiedział doń po odejściu młodych wojowników:
— Czy mój brat nie zauważył, że musi to drażnić godność wodza, gdy bierze się młodego wojownika przeciw niemu w obronę?
Stary odpowiedział mu na to:
— Godności wodza uwłacza najwięcej to, jeśli przeciw niej postępuje. Wszyscy sądzimy, że Old Shatterhand dotrzyma słowa, i tylko ty twierdzisz przeciwnie.
— Bo znam tego białego psa.
— My znamy go także. Na języku u niego nie mieszkało jeszcze nigdy kłamstwo.
— Tak, lecz ten język umie mówić tak sprytnie,