Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie zdołałem temu przeszkodzić stało się to zbyt nagle... I pocóżeś ty się oddalał!?
— Więc powiedz wreszcie, co się stało?
— Zamiast odpowiedzi, biadał dalej:
— I ja mam z temi kobietami ruszyć sani przez pustynię! To była sprawka jednej, a co będzie, gdy wściekłość ogarnie wszystkie?
— Człowiecze, odpowiadaj-że na moje pytanie! Chcę wiedzieć, co się stało!
— Morderstwo, morderstwo, podwójne morderstwo! Chodź i popatrz!
Wziął mnie za rękę i zaciągnął tam, gdzie żołnierze i kobiety tworzyły krąg dokoła jeńców. Kiedy nadszedłem, otworzyło się koło, a, wszedłszy do środka, zobaczyłem Ben Kazawiego i brzydala, leżących w kałuży krwi.
Wszyscy zamilkli i oczy zwróciły się na mnie. Teraz już domyśliłem się wszystkiego i zacząłem szukać wzrokiem Marby. Stała wpobliżu z zakrwawionym nożem w ręku, a, patrząc na mnie zuchwale, zawałała:
— Ukarz mnie, effendi! Oni mnie bili, a, krwawe pręgi można tylko krwią obmyć. Nie chcecie wydać ich mojemu plemieniu, więc odbyłam sąd sama. Z tamtymi zrób, co ci się podoba, ale ci dwaj musieli bezwarunkowo należeć do mnie. Powtarzam, ukarz mnie!
Zbliżyła się i podała mi nóż.
— Czyja to własność? — zapytałem.
— Moja — odrzekł Ben Nil.

63