Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sam wziąłbym na siebie jego i jego ludzi. Przedewszystkiem, zależy mi teraz na schwytaniu zbiegów, więc spróbuję się przekonać, czy ślady będzie można odszukać.
Obóz nasz, z którego uciekli, leżał na północnym brzegu wadi, mimo to wszedłem na południowy stok, gdyż Bir Nurat leży w stronie południowej, a nie wątpiłem, że tam właśnie zbiegowie podążyli. Dostawszy się na górę, puściłem się najpierw wprost na puszczę, potem zaś zwróciłem się na prawo, ażeby, idąc równolegle z wadi, zbadać piasek. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem istotnie ślady wiodące z wadi na pustynię. Wróciłem jeszcze raz do obozu.
Kiedy wczoraj widziałem, jak bito Marbę, postanowiłem oburzony ukarać Ben Kazawiego i brzydala, skoro tylko dostaną się w moje ręce. Właśnie teraz postanowiłem zamiar ten wykonać, Kiedy jednak zszedłem ze wzgórza w dolinę, zauważyłem w obozie jakieś poruszenie, którego przyczyny nie mogłem narazie dociec. Kobiety wykrzykiwały z radości, a wśród ich gwaru grzmiał, gniewny głos porucznika. Pośpieszyłem czem prędzej nadół. Kiedy dostałem się na dno wadi, i porucznik mnie zobaczył, podbiegł ku mnie i zawołał już zdaleka:
— O, effendi! Patrz, co one zbrobiły! Ja temu zupełnie nie winien!
— Co się stało?

62