Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żo drogiego czasu zajęły. Rad nie rad, odpowiedziałem Marbie w ten sposób:
— Bardzo się będę cieszył, jeśli waszą „fantazję“ zobaczę, nie może jednak odbyć się ona wcześniej, aż uwolnienie wasze będzie już przypieczętowane. Nie pochwyciliśmy jeszcze Ibn Asla, a dopóki on wolny, nie możemy myśleć o takiej uroczystości ocalenia.
— Effendi! Przecież ty nie potrzebujesz się go obawiać. Skoro pokonałeś wszystkich jego ludzi, a żadnemu z was nie spadł przytem włos z głowy, z pewnością także i z nim samym uporasz się bez trudu.
— Nie boję się Ibn Asla i mam nadzieję, że i z nim uporam się prędko, choć nie nadejdzie sam, ale z wojownikami. Nie mówiłem ci jednak, że nam umknęli dwaj ważni jeńcy, za którymi bezzwłocznie muszę w pogoń wyruszyć.
— Jeśli tak, to cofam moją prośbę, effendi, ale kiedy wrócisz, pozwolisz nam wykonać korowód chwały i podzięki.
— Wtedy nawet sam chętnie wezmę w zabawie udział. Teraz muszę przedewszystkiem zobaczyć rannych.
Chciałem już odejść, lecz Marba przytrzymała mnie za rękę i rzekła:
— Zaczekaj jeszcze chwileczkę! Ci ludzie nie zasługują na to, ażebyś się śpieszył do

55