Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


słuchać w milczeniu. Otoczono mnie dokoła a wszystkie niewolnice cisnęły się jedna przez drugą i mówiły do mnie naraz. Każda wołała piszczała lub śpiewała, przyczem ze sto rąk wyciągnęto do mnie. Rozstawiłem nogi, by stać mocno, jak skała w morzu, ale to nic nie pomogło, gdyż chybotano mnie tam i tam tak że ledwie mogłem utrzymać się na nogach.
— Wyjątek stanowiła jedynie Marba, córka szeika. Stała zdaleka, nie biorąc udziału w tym niewieścim hałasie. Kiedy potem zauważyła, że mnie już to wszystko zaczęło trochę nużyć, wydała przeraźliwy krzyk, na który moje piękne panie ustąpiły natychmiast i stanęły za nią. Potem podeszła do mnie, podała mi rękę, spojrzała na mnie wielkiemi poważnemi oczyma i rzekła:
— A więc to ty jesteś, tak wyglądasz, effendi! Przypatrywałyśmy się tobie i wydziałyśmy jak przełamałeś opór naszych dręczycieli. Dziękujemy ci i prosimy, żebyś pozwolił dla uczczenia naszego uwolnienia wykonać „fantazję.“
Beduin namiętnie kocha sie w „fantazjach“ i przy każdej sposobności radby je święcić; chętniebym i teraz na podobną zabawę pozwolił, ale te zacne panie potrzebowały z pół dnia przynajmiej, by się odpowiednio ustroić, potem nastąpiły by korowody, tańce i powracające ustawicznie śpiewy, „lu lu lu lu lu“, któreby nam zbyt du-

54