Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


li wrzask gniewu. Przybliżyłem się o parę kroków, ażeby zapamiętać sabie tych, którzy gwałtownością gestykulacji dowodzili, że najbardziej się sprzeciwiają. Rozwinęła się dyskusja której rezultatem było postanowienie, aby nie ulec bez walki. Widziałem, że przygotowali no że i opatrzyli swoje pistolety.
Tymczasem kwadrans minął. Przyłożyłem wtedy strzelbę do ramienia i wziąłem na cel największego krzykacza. Gdy wypaliłem, podskoczył w górę i padł na ziemię; zdruzgotałem mu kolano. Odpowiedzią na strzał było wściekłe wycie, a jeden z łowców wystąpił naprzód i pogroził mi nożem. Strzlbę miałem znowu gotową do strzału i jemu więc posłałem kulę; padł także trafiony w to samo miejsce, co tamten. Ponowne zdwojone wycia odpowiedziały mi na to, ja zaś nabiłem strzelbę czem prędzej.
Pośrednik cofnął się nieco za drugich, chcąc tem widocznie zaznaczyć, że się z towarzyszami nie zgadza. Zaczął im znowu tłumaczyć, ale przedstawienia jego przyjęto nieprzychylnie, bo jeden z łowców przystąpił do niego i zaczął mu nożem machać przed twarzą. Niedługo groził, bo i jego moja kula powaliła na ziemię.
Teraz już krzyczeć przestali. Widocznie trafność dwóch pierwszych strzałów uważali za czysty przypadek, trzecia jednak kula dowiodła im, że się pomylili, i że ich wszystkich w po-

51