Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dobny sposób mogę porazić. Ranni wili się z bólu na ziemi! inni w trwodze oczekiwali, na kogo z nich kolej teraz przyjdzie. Pełnomocnik przemawiał do nich pośpiesznie i natarczywie, a kiedy znowu podniosłem strzelbę, ażeby wymierzyć, wykonał ruch przeczący i zawołał:
— Nie strzelaj, effendi, wstrzymaj się jeszcze chwilę!
— Tylko minutę — odrzekłem, spuszczając strzelbę.
Rzecz dziwna, że tym drabom nie przyszło na myśl ukryć się za namiotami; w każdym razie dałoby im to chwilową przynajmiej zasłonę. Kiedy upłynęła minuta i podniosłem strzelbę, odrzucili broń, a pośrednik zawołał, wznosząc błagalnie ręce do góry:
— Zatrzymaj się! Wszyscy się poddajemy! Nie strzelaj! Nie strzelaj!
— W takim razie przejdźcie na tę stronę, ale pojedyńezo i bez broni! Przy kim broń znajdziemy, ten będzie wisiał.
Przywódca był pierwszy. Przyszedłszy do mnie, powiedział:
— effendi, tyś straszny człowiek, a kule musiał ci lać sam djabeł. Wierzę, że byłbyś nas jednego po drugim okulawił. Wolimy zatem pogodzić się z losem. Oto moje ręce, każ mi założyć kajdany!
Życzeniu jego kazałem natychmiast speł-

52