Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uważał za przekupną, gdyż odpowiedział natychmiast:
— Przystaję na twoje żądanie!
— A czy twoi ludzie będą ci posłuszni?
— Nie wątpię o tem, gdyż najmniejsze nieposłuszeństwo pociąga u nas za sobą karę śmierci. Bez tej surowości trudnoby było urządzać wyprawy na niewolników,
— W jaki sposób chcesz ogłosić swój rozkaz?
— Puść mnie do nich!
— Tego zrobić nie mogę.
— W takim razie pozwól mi zawołać jednego z ludzi, z którym się porozumię.
— Dobrze, ale to porozumienie musi się odbyć w mojej obecności.
Wspomniałem już pierwej, że nasi żołnierze mieli ze sobą wielki zapas kajdan. Posłałem teraz jednego z nich na górę, ażeby sprowadził je na wie błądzie. — Na wezwanie Ben Kazawiego przyszedł jakiś człowiek i usiadł przy nich naziemi. Dowódca zawiadomił go o swojem postanowieniu i wytłumaczył mu, z jakich je powziął powodów, Przybysz powstał, przypatrzył mi się wzrokiem ponurym i rzekł:
— Effendi, zabrałeś nam strzelby i możesz nas wystrzelać, jeśli ci się spodoba; wiemy o tem i dla tego ci się poddajemy; pamiętaj jednak o przyrzeczeniu, że wydasz nas reisowi effendinie. Ale nie sądź, że nam życie odbiorą! Takiej przyjemności nie zrobi chrześcijaninowi

48