Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oczywiście!
— I miałeś odwagę zapuścić się tak zuchwale w sam środek nieprzyjaciół?
— Zaiste! Jesteś głupcem, jakich mało. Znasz mnie z opowiadania już nie od dzisiaj, i, kiedy przed kilku godzinami ciebie i dziesięciu twoich ludzi trzymałem w szachu sam jeden, pwwinieneś był przypuścić odrazu, że twoim gościem jest właśnie ów effendi. Reis effendina polecił mi schwytać was i odebrać niewolnice Teraz czatuje na mnie sławny Ibn Asl koło Bir Murat, a ja tymczasem znajduję się tutaj i biorę do niewoli całą jego karawanę.
— Niełatwo ci to przyjdzie! Moi ludzi będą się bronili.
— Bronili? Oni śpią wszyscy! Zaprowadziłem moich żołnierzy aż do studni i zabrałem strzelby, które w taki głupi sposób pozostawiliście na uboczu. O popatrz!
Flinty leżały nieopodal — puściłem na nie światło pochodni.
— O Allah, o proroku, o kalifowie? — Zawołał Ben Kazawi. — To nasze strzelby, rzeczywiście nasze strzelby.
— Tak, to one A teraz obstawili moi żołnierze wasz obóz i czekają tylko na mój znak, ażeby się na was rzucić. Nie bój się, dadzą sobie już radę. Zresztą, powiedziałem Marbie, że przybyliśmy uwolnić ją i jej towarzyszki. Niewolnice wiedzą zatem, że są pod na-

32