Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pieczni, gdyż spali jak susły. Dostałem się szczęśliwie aż pod drzwi wymienionego namiotu, nie natrafiwszy po drodze na żadną przeszkodę. Bardzo mnie to dziwiło, że zbójcy nigdzie zgoła straży nie rozstawili
Rogoża, tworząca drzwi, była opuszczona; podniosłem ją cokolwiek i zacząłem nadsłuchichiwać. Dobiegł mnie szmer licznych oddechów. Zdawało mi się, że jedna ze śpiących przewróciła się na posłaniu. Wkrótce usłyszałem to samo. Domyśliłem się, że to córka szeika nie może usnąć z powodu otrzymanych razów, i przewraca się z boku na bok.
— Marbo! — rzekłem wprawdzie cicho, ale tak, że musiała to usłyszeć. Ponieważ nikt nie odpowiedział, powtórzyłem kilka razy jej imię, dopóki nie usłyszałem przytłumionego głosu:
— Kto woła? Kto tu?
— Ktoś, co przynosi wam wolność, Chodź bliżej; muszę z tobą pomówić.
— Wolność? O Allach, Aliabo, kto jesteś?
— Nie bój się, nie należę do łowców niewolników. Jestem obcy i zakradłem się do obozu, ażeby ci powiedzieć, że, ledwie zaświta, będziecie wolne.
— To kłamstwo! W tem wadi znajdują się tylko sami dręczyciele, i nikt nie odważy sie wejść między tych ludzi.
— Mówię prawdę; przekonasz się o tem.

24