Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To ty, effendi? To dobrze, że dałeś znak, gdyż bylibyśmy cię wrogo przyjęli. Jakże nam idzie? Czy możemy przystąpić do ataku?
Zapoznałem go z położeniem i wydałem stosowne polecenia, poczem podprowadziłem go razem z ludźmi w stronę obozu tak blisko że odległość między nami a łowcami wynosiła najwyżej sto kroków. Rozstawiłem żołnierzy kołem w ten sposób, że, kiedy pierwszy stał tuż przy ścianie skalnej, towarzysze jego tworzyli czwartą część koła. Podobnie chciałem ustawić także żołnierzy porucznika, a w ten sposób powstałoby półkole, odcinające zbójców od przeciwległej ściany wąwozu. Byłem pewny że plan musi się powieść, i wszyscy przeciwnicy wpadną w nasze ręce, jeżeli tylko będziemy postępowali ostrożnie. Dałem jednak rozkaz strzelania do każdego, ktoby usiłował się przedrzeć.
Teraz powinienem był wrócić do porucznika, lecz przyszły mi na myśl niewolnice i ich trwoga, gdybyśmy byli zmuszeni do strzelania. Prawdopodobnie zaczęłyby uciekać i w ten sprawiłyby nam wiele kłopotu. Po namyśle więc postanowiłem je o wszystkiem uprzedzić, chociaż było to trochę niebezpieczne. Poczołgałem się tedy ku obozowi w stronę namiotu, do którego weszła Marba, córka szeika Fessarów.
Należało przecisnąć się między śpiącymi. Ci ludzie musieli rzeczywiście czuć się tu bez-

23