Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sposób moglibyśmy zwyciężyć siedm dziesięciu uzbrojonych przeciwników, jeśli strzelanie z góry jest wykluczone.
— Uderzymy na nich kolbami. Zginie który od tego ciosu, to niewielka stanie się szkoda i nie mamy powodu płakać nad jego zwłokami. Wy wszyscy musicie napaść na nich tak niespodzianie i zręcznie, żeby każdy z przeciwników stracił świadomość, co się z nim dzieje, i aby nie mógł się obronić. Poprowadzę was sam i każdemu zosobna wskażę, do której grupy zwrócić się powinien, inaczej mogłoby powstać zamieszanie i tylko przeszkadzaliśmy jedan drugiemu. Fakira i dżelabiego biorę na siebie ja sam. Gdy tylko wyskoczę z krzaków, idźcie za moim przykładem. Komendy nie będzie żadnej; żaden też z was nie śmie wypowiedzieć ani słowa, nie wolno mu nawet szepnąć; wszystko musi się stać zupełnie cicho, gdyż najlżejszy szelest ostrzegłby nieprzyjaciela i cały plan byłby chybiony. Pamiętajcie zresztą o tem, że każdy z was ma do zwalczenia trzech lub czterech przeciwników, a zatem musicie działać niezmiernie szybko i zręcznie, a to możliwe jest jedynie wówczas, gdy się będziecie zachowywali jak najciszej. Draby oniemieją z przerażenia, gdy zobaczą was nagle tuż nad sobą, podczas jeden choćby okrzyk przedwczesny zaalarmowałby ich i dał możność do przygotowania się

117