Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie cieszył, jak Ben Nil, który zawołał z nietajoną radością:
— Hamduhllah, fakir jest, fakir! Effendi, ,musisz mnie go zostawić; ja go zastrzelę!
— Nie, my wogóle nie będziemy strzelać, — odpowiedziałem — Nie pozabijamy tych ludzi, lecz wydamy ich reisowi effendinie.
— Fakira także! Przecież on mój!
— I mój, lecz ja wyrzekam się zemsty.
— Ale ja się nie wyrzekam!
— No no, później o tem pomówimy, teraz jednak zakazuje ci najsurowiej zabijać go,
— Nie zapominaj o tem, effendi, że pozbawiasz mnie prawa, któregoby mi odmówił żaden człowiek na świecie!
— Ja ci go bynajmniej nie odmawiam, a tylko idzie mi o pewną zwłokę, Reisowi effendinie grozi niebezpieczeństwo, o którem nie mam pojęcia; fakir zaś wie o wszystkiem, mogą więc dowiedzieć się od niego bezpośrednio. Jeżełi jadnak zginie — wówczas nie dowiem się o niczem i reis będzie zgubiony. Zrozumiałeś więc dlaczego pragnę za wszelką cenę rozmówić się z fakirem?
— Jeżeli tak, to oczywiście, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zgodzić się na twoje zarządzenie. Przypuszczam też, że później nie będziesz tak niesprawiedliwy, żebyś mi czynił jakiekolwiek trudności w wykonaniu praw pustyni. Radbym jednak wiedzieć, effendi, w jaki

116