Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szybko, ażeby jak najrychiej przybyć do Chartumu i ostrzec zagrożonego Przedewszystkiem trzeba było objąć okiem sytuację. Tam, gdzie leżałem, krzaki były tak gęste, że nie mogłem przebić ich wzrokiem. Poczołgałem się dalej na lewo i znalazłem miejsce z otwartym widokiem. Ujrzałem przestrzeń wolną od drzew, a na niej rozłożonych siedemdziesięciu ludzi. Wielu z nich tylko napoły ubranych, ale wszyscy byli dobrze uzbrojeni. Widziałem twarze, poczęwszy od jasnobrunatnej aż do głęboko czarnej. Wielbłądy leżały po lewej ręce i naprzeciw mnie na skraju polany. Fakir siedział z towarzyszem w pewnem oddaleniu od całej gromady, i szczęściem mogę nazwać to, że odrazu na nich się natknąłem.
Ludzie ci nie leżeli oni nie siedzieli blisko siebie, leci rozrzuceni po dwóch lub trzech razem. To ułatwiło napad znakomicie. Obok miejsca, na którem się znajdow łem, mogłem wstawić moich dwudziestu asakerów. Stąd widzieliśmy nieprzyjaciół, a ja mógłbym im dać instrukcje każdemu zosobna, gdyż każdy musiał wiedzieć, kogo ma zaatakować, w przeciwnym bowiem razie powstałby chaos, w którym większość nie przyjaciół miałaby sposobność do ucieczki.
Wróciłem do towarzyszów i opowiedziałem im cały przebieg moich wywiadów. Nikt się tak

115