Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rozkazy są tak starannie obmyślane, że niema mowy o nieudaniu się. Pierwszy strzał ja dam, a mierzyć będę w nogę cudzoziemca. Jeśli będzie zraniony, to nam umknąć nie zdoła. Po tym strzale wypalicie wy także. Około siedmdziesiąt kul wystarczy, by ich wszystkich położyć trupem.
— Należałoby tak sądzić. Właściwie, to hańba dla nas, że dla dwudziestu asakerów zgromadziliśmy aż taką liczbę ludzi.
— Stało się to nie z powodu asakerów, lecz tego effendiego. Pod jego dowództwem znaczy dwudziestu wojowników tyle, co stu pod kim innym. Powiadam ci, tylko niespodzianką i nagłością napadu możemy zwyciężyć. Gdybyśmy ich dopuścili do obrony, wynik byłby bardzo wątpliwy.
Nie mogłem się powstrzymać od cichego śmiechu. Ani dżelabi ani fakir nie mieli dość rozumu do przeprowadzenia takiego zamiaru. Do teraz nie postawili nawet straży, która dałaby im znać o naszem zbliżanię się. Dowiedziałem się o tem z dalszej ich rozmowy. Usłyszałem też, że mejsce na kórem się znajdowali było tak blisko źródła, że spodziewali się usłysześ się szmer wywołany naszem nadejściem.
Z mowy fakira wynikało, że syn jego Ibn Asl urządził zasadzkę na reisa effendinę. To napełniło mnie obawą, i postanowiłem działać

114