Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


djabeł, ale jest dość środków na poskromienie nawet takich szatanów. Zamknę go jak zwierzę drapieżne, i nie wymknie mi się nigdy Gdyby wszystko poszło po mojej myśli, to zostawiłbym i assakerów przy życiu, by ich powoli na śmierć zamęczyć, ale ponieważ nie mamy wiele czasu więc musimy się ich yozbyć szybko. Ach jakbym chętnie dręczył tych łajdaków, ótórzy wystrzelali nam towarzyszów, a syna przyprawili o tak wielką stratę.
— Tak, za te niewolnice fesarskie zapłaconoby wiele, bardzo wiele Należałoby tym ludziom poobcinać ręce i języki, żeay nie mogli mówić ani pisać, a więc, by nie mogli zdradzić. Potem należałoby ich sprzedać najokrutniejszemu z książąt murzyńskich.
— To niezła myśl i może ją wykonamy, A może wymyślimy jeszcze coś lepszego. Niema bólu, ani cierpienia zbyt wielkiego dla nich. Powinni umierać codziennie, co godziny, i nie móc umrzeć. Zasłużyli na to, a szczególnie ten pies cudzoziemski, który odgadywał wszystkie nasze zamiary, odkrył nasze plany, a potem zniknął z pomocą djabła, kiedy się było najpewniejszym, że się go ma nareszcie.
— I to właśnie nakazuje nam jak największą ostrożność. A gdyby wam znów się wymknął?
— Nie obawiaj się! Wydane przeze mnie

113